myśli

Dużo ostatnio czytam, czytam rozwiąźle, zdradzam tytuł za tytułem, nadgryzam, wiem, i nic nie wiem z tego, co czytam,

               myśli mam zajęte myśleniem, czarnym myśleniem, są jak guma pod butem, która nie odklei się sama, jak chmara komarów – natrętna i męcząca, jak burza przychodzą nagle, rozbłyskają i zostawiają powidoki. Powidoki myśli, czyli ciągłe myślenie   nieznośne, do bólu głowy, może  bezpodstawne (oby!), gryzie to myślenie.

Myślę czasem, czy nadejdzie taki czas gdy niebo będzie czarne? taki czas kiedy burz nie będzie słychać, a zastąpią je burze bomb, czy taki czas, kiedy brat zabije brata nadejdzie - czy grozi nam jeszcze?, czas taki kiedy matka z głodu zabije własne dziecko? …… myślę tak, czy nadejdzie, i lękam się, bo nic nie jest w stanie odwrócić mojej uwagi od myśli takich, wszędzie ten lep nienawiści, zła i zagrabiania – złota, ziem, życia ludzkiego, bez zważania na konsekwencje, bez uczuć, miłości i szacunku,

tyle się dzieje

te czasy – okropne

czy nadejdzie jeszcze kiedyś coś takiego

czy niebo kiedyś będzie jeszcze czarne

boję się

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | Skomentuj

Matka współczulna

współczulna, tak, dobrze czytasz. Nie współczująca! Współczuć można komuś, tego że wstaje do pracy o czwartej rano, współczuć można, że kogoś boli albo że kicha, można współczuć też, że kogoś właśnie wylali z pracy, i jeszcze na wiele sposobów można komuś współczuć, a tak naprawdę ani nie znać tego uczucia, które kogoś (innego) dotyczy, ani nawet tym bardziej nie chcieć go znać (poczuć).

Współczulność to coś zgoła odmiennego.

Współczulny jest układ nerwowy, który mobilizuje cały organizm do działania. Współczulna jest matka dziecku, szczególnie gdy coś jemu dolega (a, że według matki dziecku dolegać będzie coś zawsze, to współczulna jest ona niczym owy układ – nieustannie).

Zaczęła się ta współczulność już w łonie, kiedy to wzajemnie mamy duszności, mdłości i smaki.

Kiedy zaczęło się robić ciaśniej, i matka współczulna to odczuwała, i nie było nic do tego, że jest grudzień i trzaskający mróz – współczulność kazała matce spać przy otwartym oknie. I było dobrze.

Dziś, a właściwie wczoraj i dziś – bo minęła godzina, która umownie wyznacza granice dnia – kiedy to moje dziecko choruje, ja czuję dokładnie to samo. A przynajmniej takie mam wrażenie. Jestem współczulna. Jestem chora.

Śpimy tym samym rytmem – ja intuicyjnie budzę się na kolejne nerwowe przebudzenie dziecka. Boli mnie to samo, co i dziecko, choć właściwie nie wiem, co je boli, ale paradoksalnie dzięki współczulności właśnie to odgaduję.

Budzimy się z tym samym suchym bólem gardła, popijamy łyk wody, i chwilę pożaląc się, śpimy dalej. Gdzieś tam i mnie boli w krtani – stąd wiem, że to krtań właśnie. Gdzieś czuję podskórnie, że ten katar przebrzydły, który leci, ale nie w tę stronę, co powinien, wpada do gardła i drażni.

Gdzieś to wszystko wiem.

Jestem matka współczulna

Niczym fantomowy organ, który żył sobie razem z dzieckiem, w łonie, jestem teraz jak obcięta ręka, która dalej czuje. Którą się czuje.

Fantomowe serce współczulnej matki.

Dobrej nocy, czy też dzień dobry. Mamy nadzieję, że rano będzie lepiej.

Jeszcze kilka pobudek, i ożywimy smoki i rycerzy, będziemy śmiać się nad miską owsianki, i skakać po kanapie.

Świt jest zawsze lepszy dla chorego dziecka i matki współczulnej.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj

Posłuchaj mnie spokojnie *

jestem tu, bo wyrwałam kawałek czasu dla tego wpisu. obok przygrywa – od rana, tego samego rana, w trakcie którego zdążyłam przygotować śniadania, posprzątać dom, po późnym powrocie z morskiego wypadu, wstawieniu prania, zrobieniu mleka owsianego i wstawieniu warzyw do obiadu – muzyka, którą wybiera mój syn, ja nie mam wiele do powiedzenia, ale przecież decydując się na dziecko, wiedziałam, że moje zdanie i moje zachcianki idą w kąt. I właśnie o tym ten wpis – o tym ciągłym, nielubianym tak przeze mnie „ty masz czas”. NIE do cholery! moja doba ma tyle samo czasu, co twoja, i twoja, … twoja też, tylko ja organizuje się inaczej! Owszem nie wstaję co rano do pracy zawodowej (żeby było jasne  już nie wierzę w demagogie wygadywane przez inne kobiety vel matki, że wychowywanie jest też pracą – to skąd w takim razie ten jad o czasie?), ale wstaję, często wcześniej niż inni do obowiązków domowych. „ty masz czas wychowywać” – to najgłupsze zdanie, jakie kiedykolwiek usłyszałam! a kto nie ma czasu wychowywać …. nie powinien mieć dzieci! nie zmuszam nikogo do pieczenia chleba o 5 rano, do godzinnego uczenia dziecka, pielenia ogródka (zakładania go w ogóle) itp. – ja też nic z tego nie robię! Nie zmuszam tym bardziej nikogo do rzucenia pracy! Wszystko można pogodzić.

Wiecie ile zajmuje mi przygotowanie wszystkiego, co robię? (nie mam na myśli wychowywania dziecka – to się dzieje, 24 godziny na dobę) – pięć minut! każdy z nas powinien przygotować obiad – w przygotowaniu zdrowego posiłku nie ma nic trudnego, powiedziałabym, że jest nawet łatwiej – obrać warzywa, wrzucić do wody, albo jeszcze lepiej do piekarnika, w tym czasie (to aż godzina) można zrobić tysiące innych rzeczy, np.wychowywać dziecko, potem tylko do blendera i obiad gotowy, podobnie rzecz się ma z chlebem, to są minuty, najwięcej zabiera pieczenie, ale nie musimy siedzieć i patrzeć jak się piecze, i nie musimy też, jak to ązrtem napisała pewna znana blogerka, a część osób się oburzała (czyli efekt został osiągnięty ;) ), malować się w tym czasie, możemy wychowywać dziecko, posprzątać, umyć okna …. w ostateczności możemy nastawić piec i wyjść z domu.

A ile czasu zabiera tobie film, telewizja w ogóle, dojście do siebie po imprezie, zakupy na szmatach, pogaduchy z koleżankami ….?

To, że zostałam w domu było naszym wspólnym wyborem, naszą decyzja, którą zapieczętował los, ale nie o stygmatach losu tu miało być, chociaż o stygmatach, jakie nadaje społeczeństwo tak, i owszem, bo kobieta – i to według kobiet, bo co to interesuje mężczyzn! – siedząca w domu i wychowująca dziecko (wychowująca, bo pracą można nazwać to tylko wówczas, gdy dotyczy owych komentujących kobiet, nie w innym wypadku) ma czasu w nadmiarze i zapewne nudzi się zgnilizna jedna.

Żeby było jasne, ja nikomu nie wyliczam co robi, nie komentuję zachwytów nad obejrzanym przez kogoś pięćdziesiąty ósmy raz filmem słowami „ty to masz czas”, nie mówię, „no tak, bo możesz sobie pozwolić” kiedy ktoś odsypia (nie dość) wczorajszą imprezę (jeszcze to), bo ja w tym czasie wychowuję dziecko – bawię się z nim, uczę je, sprzątam, gotuję.

Czy widzisz w tych zajęciach drogie złośliwe ty coś, co może służyć odpoczynkowi, własnej przyjemności? Ach nie? To wytłuszczam dalej …

Pewnie, że każdy wybiera takie życie jakie chce – ja w wyrwanym czasie czytam kilka stron, z kilku czytanych książek, bo na skupienie się na jednej brakuje mi czasu (tak, mi też brakuje czasu), a ktoś inny w tym czasie ogląda telewizję. A ja do przerwy, którą trudno zliczyć, we włączaniu komputera mogę doliczyć już przerwę w oglądaniu telewizji (oczywiście tego nie żałuję). Moją imprezą jest każdy dzień, jednak na jej odsypianie nie ma komfortu, jest za to zachwyt i euforia, jakiej nie doświadczycie po żadnym alkoholu, radość jakiej nie da żadne towarzystwo znajomych, a bolesną pobudkę łagodzi mały paluszek otwierający twoje oko. Kto ma lepiej? Ty na kacu, czy ja z dźwięczącym „mamo poplosze śniadanko”? Zdenerwowało cię to „wygadywaczu” jeden?

Wiedz, że mnie też denerwują twoje słowa o czasie, bo kto i ile go ma, wie Ktoś zupełnie inny, na pewno nie ty. Twoje słowa „idź do pracy, zobaczysz” są podsumowaniem twoich frustracji, twoją czkawką, zaparciem i zgagą po kolejnych zmarnowanych godzinach …..

aby uniknąć tych dokuczliwych przypadłości zamykam luksus wybrańców, i uciekam do dziecka, bo płyta się kończy i koncertowy popis muzyczny mojego najlepszego organizatora dnia także

kto chce, niech bierze sobie do serca mój wywód, kto nie chce niech pozostaje przy swoim, moje życie i tak jest pełniejsze, barwniejsze i radosne.

 p. s. szkoda, że to nie wpis o książce, ale ten jest na 126 miejscu na liście „co muszę” …. ostatnim;)

* tytuł piosenki z płyty: Zbigniew Wodecki with Mitch&Mitch Orchestra and Choir, 1976 „a space odyssey”

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | 2 komentarzy

Być jak koneserka codziennego życia plus konkurs i nagroda.

Poczuć się jak w Paryżu nie wychodząc z domu – czy to możliwe? Tak, teraz jest to możliwe! Dzięki Wydawnictwu Literackiemu oraz Jennifer L. Scott możemy poczuć się we własnym domu niczym Francuzka czy też Paryżanka, odnaleźć nutę Paryża, umiejętnie ją zagrać (mówiąc metaforycznie i pozostając w pięknych klimatach). Wszystko to w drugiej książce wspomnianej Jennifer L. Scott (tak, tak to ta sama Pani, dzięki której potrafimy wejść w skórę Paryżanki, i odszukać ją we własnej szafie – a’ propos – stosujecie pilnie zasadę dziesięciu rzeczy w szafie?), która niedawno miała premierę w Polsce W domu Madame Chic. Jak urządzić przytulne mieszkanie i celebrować codzienność”. Brzmi fajnie, prawda? Hmmm miło.

Wbrew pozorom to wcale nie jest trudne. Wystarczy jedynie uwierzyć we własne możliwości, a resztę dostosować do ograniczeń, jakie stawia nam nasze mieszkanie czy dom.

Mieszkanie Paryżanki to jej  c h a t e a u.
(I. de la Fressange)

Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza dotyczy stricte domu – i znajdziemy w niej porady dotyczące motywacji do sprzątania, planowania go i rozdzielania, gorących i martwych punktów oraz pokochania czy urządzenia domu na nowo. Druga część dotyczy bardziej naszych osobistych pragnień (les routines de la journée). W każdym z tych pomniejszych rozdziałów znajdziemy garście porad dotyczących domu (i nie tylko), sposobów na przyspieszenie sprzątania czy form relaksu (przy tymże!). Jennifer L. Scott podzieliła się także prostymi przepisami na szybkie dania, które pozwolą bez zbędnego stresu przyjąć niespodziewanych na przykład gości, ale – nie ukrywajmy – także poczuć się bardziej chic i Française.

Podobnie, jak wzięłam sobie do serca rady Jennifer zamieszczone w jej pierwszej książce (Lekcje Madame Chic), tak samo skorzystałam z tych podanych w książce W domu Madame Chic. Tym sposobem w moim domu pojawiła się różowa buteleczka ze spryskiwaczem z domową wodą różaną, moje kwiaty zaczęły nabierać kolorów, a do herbaty zaserwowałam proste ciasto z jagodami.

„B i e n  d a n s  s a  p e a u  oznacza po francusku ‚dobrze w swojej skórze’. Ludźmi, którzy czują się  b i e n  d a n s   l e u r  p e a u, nie targają wieczne niepokoje i nerwice.”

Oczywiście zdaje sobie sprawę, że niektóre z rad Jennifer L. Scott mogą wydać się (niektórym) śmieszne i nierealne, ale trzeba pamiętać, że rady te nie są kierowane do wszystkich. Podobnie, jak wszystkich nie trzeba zaraz stosować. Co ważne ( dla mnie bardzo pocieszające) autorka jest taką samą kobietą jak my – pracuje, wychowuje dzieci, ma kompleksy i nie radzi sobie z niektórymi zadaniami domowymi. I pisze o tym otwarcie, dając oczywiście proste rady, jak rozwiązywać podobne problemy.

Książka, choć nie żaden literacki majstersztyk, potrafi, jak niejeden z tych, poprawić mój humor, dodać mi skrzydeł do pokonywania codziennych problemów, a co najważniejsze pogodzić się z niektórymi moimi nieudolnościami i słabościami. No i poczuć się bien dans sa peau.

„Co to jest szyk? Szyk to uczucie. Stan umysłu. Sposób życia i sposób bycia.”

I tak właśnie się stało, tak, jak to miało miejsce przy pierwszej książce Jennifer L. Scott (Lekcje Madame Chic), że czekam już na kolejną. Tymczasem zaglądam sobie dla poprawy humoru i w chwilach słabości do „domu Madame Chic” oraz na blog Jennifer dailyconnoisseur. Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Cytaty pochodzą z książki

A teraz uwaga! I Ty możesz być, jak Madame Chic i poznać zasady Jennifer L. Scott, jak to osiągnąć – wystarczy, że w komentarzu uzasadnisz dlaczego właśnie TY potrzebujesz książki W domu Madame Chic.

Książkę ufundowało Wydawnictwo Literackie.

Na komentarze uzasadniające, biorące udział w losowaniu książki czekam do niedzieli (29.03.2015) wieczór (do godziny 20.00).

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | 3 komentarzy

co to takiego ten u m a m i, i z czym TO się je – Rozmowy przy jedzeniu o tajemniczym Piąty-m smak-u.

Czym jest smak? Odczuciem fizjologicznym czy duchowym? Wrażeniem estetyczno-fizjologicznym czy zmysłowym? Łukasz Modelski we wstępie do swojej książki Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu pisze też o poziomie ekonomicznym i ideologicznym smaku.

Znamy smak słony, słodki, gorzki i kwaśny – a smak umami? Tak głośno ostatnimi czasy omawiany. Niczym odkrycie innego świata jawi się laikom, tymczasem od stuleci znany jest już w Azji. Czy to może popularny (a także szkodliwy – choć i tu odchodzi się od tej teorii) glutaminian ukryty pod tajemniczo brzmiącą, aczkolwiek po polsku trącącą swojskością (stąd może teoria jakoby glutaminian (vel umami) znajdował się w mleku matki?!!(u-mami)

Ale nie o tym rzecz być miała, a smaku, ale Piątym ukrytym w tytule najnowszej książki Łukasza Modelskiego.

Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu to zbiór rozmów przeprowadzonych przez autora z ludźmi „działającymi w kwestii smaku” (takiego określenia użyję, aby nie powtarzać określenia zastosowanego przez autora ”robotnicy smaku”). Wśród tych osób, które rozmawiają z Łukaszem Modelskim są pasjonaci kuchni, i smaku w ogóle, i nie są to szefowie kuchni - chyba, że własnej przydomowej. To raczej odkrywcy, i twórcy smaków – „postkomunistycznych”, smaków zielonych i winnych, preferencji smakowych głów państwa czy nowych trendów, często autorzy książek o własnej ’pasji smaku”.W Piątym smaku nie znajdziemy jednak przepisu na gotowy gastrobiznes, co to, to nie – chyba, że podda ona nam pomysł na takowy, pobudzi do działania.

Niestety – moim skromnm zdaniem – książka niektóre osoby zbytnio obnażyła – na przykład moje zdanie na temat kuchni i podejścia do gotowania, czy życia w ogóle Anny Applebaum zmieniło się, niestety na niekorzyść Pani Anny. Mogłabym przyczepić się jeszcze kilku osób, ale to, co mnie zachwyciło w książce, te osoby, których pasja dodaje sił wystarczą mi w zupełności.

Piąty smak to – i tu zacytuję kolejny raz autora – „raczej zbiór opowieści o szczególnym podejściu do życia – jednym z wielu możliwych, ale prawdopodobnie najsmaczniejszym.”

Nie jest to jednak książka, z której będziemy czerpać kuchenne inspiracje, ale  motywację do działania, do życia pełną piersią i wszystkimi smakami świata.

Umami „jego specyfikę odkrywa glutaminian sodu. (…) Nie ma swoistego smaku, ale najwięcej jest go w produktach dojrzałych, przefermentowanych (…). Mówi się, że smakuje białkowo. Mięso i ryba są umami. Ale wiesz przecież, jak smakuje ryba – czy smakuje białkowo? W rybie ważne są aromaty morza, smakujesz ją nosem.”

O ile teoria smaku umami do mnie nie przemówiła (wolę określenie „aromat morza, w pełni dojrzały), a niektóre z rozmów wykrzywiły mi obraz znanych mi wcześniej – równie wirtualnie – osób, to książka znajdzie swoje miejsce wśród książek kulinarnych w naszym domu, niejako ten błysk świadomości, że z pasją i pracą można zdziałać cuda.

Cytaty pochodzą z książki.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Skomentuj

fraszka, nie taka znowu igraszka, czyli spotkanie z Janem Sztaudyngerem i Piórka(mi)

Tak, przyznaję bez bicia, od niepamiętnych czasów nie sięgałam po poezję! Wstyd i hańba! Kajam się i razy sobie zadaję. I nie tłumaczy mnie tu ani trochę zatopienie w prozie, w książkach, w powieściach – tak mocne i silne, że trudno mi się z nich wydostać (nieee, no znowu nie tak silne, bo i dziecięce książki czytamy, i druty machają, a przecież wiosna, lata, jesień, zima – każda pora dobra jest na spacerowanie, pieczenie i wspólne gotowanie), argument drugi – jakby silniejszy, ale nie stanowi alibi – nie po drodze mi z poezją. Owszem, gdzieś czasem natknęłam się na wiersz, przecież tyle ich teraz, a wszystkie takie pod ręką. Jednak nie zawsze rozumiałam, albo zniechęcona „rozumieniem pod dyktando” wyniesione z czasów szkoły rozumieć i interpretować się bałam.

Tym większym rarytasem stała się okazja spojrzenia na poezję przez pryzmat fraszek, a to za sprawą wznowienia przez Wydawnictwo Literackie tomiku fraszek Jana Sztaudyngera Piórka. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa miałam możliwość kontemplacji mistrza fraszki, kontynuatora tradycji Kochanowskiego i Reja, a o którym – szczególnie w porównaniu do tych dwóch ostatnich nazwisk – zdecydowanie za mało w szkole.

Wspomniany tom fraszek po raz pierwszy ukazał się ponad pół wieku temu (w 1954 roku!), po Piórkach przyszły jeszcze między innymi Krakowskie piórka, Nowe piórka, Muchomory, Ballady i fraszki czy Wiórki. O Sztaudyngerze pisze się, że ”chciał wyprostować nieco wykoślawione pojęcie fraszki i przywrócić jej znaczenie poetyckie.”

I choć wydaje się, że fraszkę każdy stworzyć może, to po głębszej analizie okazuje się, że takie myślenie to ”guzik prawda”, bo łatwe to wcale nie jest (a Sztaudynger mawiał o swoich fraszkach „powstają one same, spadają jak szyszki”).

Cóż - na mnie nawet jak szyszka nie spada sens fraszki, a co tu mówić o jej całokształcie i formie zmaterializowanej. Bywa jednak, że „atakuje” (czytaj: dociera) niespodzianie, po czasie …. bywa, że dłuższym, niż przyzwoitość nakazuje (może taki już urok – i fraszki, i mój osobisty?).

Fraszki to nie igraszki, choć dla higieny myśli – czarnych szczególnie – warte sięgania po nie częściej (tu okazją są inne, wydane przez Wydawnictwo Literackie tomiki Jana Sztaudyngera). Nawet jeśli nie łatwa to rzecz w temacie, bo bywa i o życiu w nich i o przemijaniu, to myśl, że tak krótko i prosto da się temat taki „ogarnąć” słowami kilkoma zaledwie , pocieszająca jest.

„Niestety, rzadko koło zdarzeń
Obraca siła naszych marzeń.”
 
(„Niestety”, [w] Życie i przemijanie, s.161)
 
 
„Nie miałem -
Bo nie śmiałem.”
 
(Dzieje miłości (III), [w] Miłość i małżeństwo, s. 143) )

„Alimenta -
To niespodziana rozkoszy pointa.”
 
(Pointa, [w] Ucinki, s. 55)
 

Niczym po złote myśli sięgajmy po fraszkę, bo choć życie to - pozwólcie, że przywołam tu innego poetę – „nie fraszka, igraszka, zabawka blaszana’ – to poezja upiększa, uskrzydla niczym nie przypisując PiórKa.

Cytaty pochodzą z tomu Piórka, J. Sztaudynger, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.

Lokomotywa, J. Tuwim (pamięć własna)

oraz Wikipedia

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | Skomentuj

Wpis świąteczno-prezentowy – najlepszy ever!!! Nie mój rzecz jasna, a Znak Zorro.

Do lektury zapraszam TU, a i wygrać można!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | Skomentuj

Zielono mi … w kaloszach, czyli nietrudna, niedługa, sugar free.

Nie samymi dziecięcymi lekturami żyję, czasem znajduję lekturę dla siebie. Czytam wtedy – w tym łapanym, wręcz wyrywanym wolnym czasie – coś lekkiego (zwykle), niedługiego (żeby się nie zagłębiać) i niewymagającego skupienia (bo często robię przerwy). Bywa też, że chwycę za lekturę wymagającą, jak to miało miejsce niedawno (Księgi Jakubowe i Przebudzenie – o tych już niedługo), i wówczas wyjątkowo potrzebuję resetu. Z tego powodu – po wspomnianych niedawno czytanych książkach, szczególnie po Kingu, który  dał mi ostro po głowie musiałam sięgnąć po coś, co mnie odstresuje. Jako, że zamarzyłam o wypadzie na wieś, nabierając ochoty na totalny luz … a, że w prawdziwym życiu to raczej niemożliwe, bo …. bo zimę mamy przecież!, dostałam w swoje ręce, a raczej kable, bo to była wersja elektroniczna Zielone kalosze Wandy Szymanowskiej.

Już od pierwszych zdań posmutniałam po tym, jak dowiedziałam się, że to jedyna książka Autorki (może ktoś mnie poprawi, i ucieszy – może się mylę?!). Zielone kalosze to był ten klimat, którego wymagałam wówczas. Pomijając trywialność przeszłości bohaterki – mąż okrutnik, rzucam go, uciekam na wieś, chociaż nigdy nie pracowałam, to pieniądze mi się urodziły – to cała reszta była tym, czym chciałam aby była. Stara chata, remont własnymi siłami, las, mała miejscowość, wszyscy się znają, a wcale niekoniecznie kochają. Tak Antonina, dotychczas żona bogatego bizsnesmena, żyjąca niczym słowik w kryształowej klatce zaczęła życie „na wolności”. Wolności psychicznej raczej, co oczywiste, ale i życie bez wewnętrzynych wymagań, że coś muszę. Kiedy zamieszkała w Ruczaju Dolnym przestały cokolwiek znaczyć markowe ciuchy, kosmetyki i jakikolwiek styl – najważniejsze stały się tytułowe zielone kalosze.  Nowe życie Antoniny – szczególnie to życie w kaloszach podobało mi się. Bez zbędnej słodyczy (może dlatego, ze główna bohaterka bardzo dba o linie Autorka zrezygnowała z cukrzenia? :) ) można też opisać historię „odrodzenia”. I tylko na końcu, który po pierwsze bardzo mnie zaskoczył swoją nagłością, nastąpił zgrzyt, bo taka zrównoważona Antonina zrobiła (być może) taką głupotę. I jeszcze jedno – pomyślałam – o święta Lukrecjo, chyba nie będzie części drugiej?! Bo to popsułoby dokumentnie moje leśne i zielono kaloszowe wrażenia.

Ubrać się w zielone kalosze polecam tym, którzy pragną oddechu. Książka Wandy Szymanowskiej wydaje się być idealną lekturą na spokojny weekend. Polecam.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Skomentuj

„apgrejt” do notki o Dołek jest do kopania…

.. tym razem wyczerpująca i piękna recenzja Dariusza Szymanowskiego

(po więcej odsyłam do Kwartalnika Ryms)

Zdjęcie: Ryms, 24, jesień 2014)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Skomentuj

skąd inspiracje? a stąd …. Ryms czyli czerpak … inspiracji

„dzieciowe” smakowitości czytelnicze wyszukuję na różne sposoby (dobrze, że jest ich tak wiele, bo uwielbiam to robić!) – przede wszystkim zaglądam na strony wydawnictw literatury dziecięcej, na blogi … mniej (mam kilka ulubionych, których opisywane książeczki pokrywają się z naszymi gustami), na półki księgarni (co oczywiście jest najprzyjemniejsze, i co uwielbiamy w dwójkę – czyli Dziecię i Mamika, czyli ja), tam sięgamy głównie po ulubione wydawnictwa, których książeczek nie boimy się kupować w ciemno, bez czytania recenzji. Ale moim matczynym, Mamikowym źródłem inspiracji do dziecięcej literatury, i do rujnowania portfela jest Kwartalnik o książkach dla dzieci i młodzieży Ryms. Rymsa poleciła mi Julia Orzech, i jestem Jej za tę polecankę bardzo wdzięczna, kolejna prenumerata przed nami!

W Rymsie znajduję nie tylko recenzje, ale i mnóstwo ciekawych artykułów, które w każdym numerze poświęcone są zwykle jednej tematyce – tak więc teksty zadowolą nawet bardzo wybrednych  i spragnionych.

Was zachęcam do poznania Rymsa – przedstawiam krótko – sięgajcie po niego (i nie tylko – może ktoś mi poleci jeszcze inne tytuły z recenzjami książek dziecięcych?), a Wasze wybory będą lepsze dla Waszych Dzieci, bo trudno nie zauważyć, że do współczesnych Dzieci nie dociera to samo, co nam do głów wkładano.

Dla mojego Syna wierszyk „rymtu rymtu” jest ble – w książęczce coś się musi dziać, musi być ilustracja – niekoniecznie kolorowa, treść poważna, bo – halllo – Dzieci też myślą, a nie pitu, pitu, a a a kotki dwa. To, że ktoś ma tylko 92 centymetry wzrostu nie oznacza, że myśli inaczej, jak człowiek.

Ryms rules!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Skomentuj